Z Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Niewielkich CSK Lublin, grudzień 2025 r.
HONOROWE WYRÓŻNIENIE oraz Nagroda Pieniężna za monodram – STAMTĄD.

Z Festiwalu Monodramów "Strzała Północy". Koszalin, październik 2025 r.

fot. Ilona Łukjaniuk
fot. Ilona Łukjaniuk
fot. Ilona Łukjaniuk
fot. Ilona Łukjaniuk

ADAPTACJE – Międzynarodowy Festiwal Teatralny –  Divadlo Kontra; Nowa Wieś Spiska, Słowacja 21.06.2025 r.

Zwiastun Festiwalu

Opinie festiwalowe:

 

Danka Kunstová

Artur Kocięcki bravúrne využil všetky herecké výrazové prostriedky (hlas, mimika, pohyb…) a sprístupnil nám svoj boj o život a návrat do reálneho života ….

Boli okamihy, keď bolo absolútne ticho a obecenstvo priam nedýchalo….

Určite nezabudnuteľný zážitok 

Danka Kunstová

Artur Kocięcki świetnie wykorzystał wszystkie wyrazy aktorskie (głos, mimika, ruch… ) i udostępnił swoją walkę o życie i powrót do prawdziwego życia …. 

Były chwile, kiedy panowała absolutna cisza, a publiczność nie mogła oddychać…. 

Zdecydowanie niezapomniane doświadczenie 

Jana Gajdošová Dzimková

fantastický Artur Kocięcki nás úplne zasiahol smršťou emócií … výborný i keď ťažký príbeh  …ďakujeme

Jana Gajdošová Dzimková

fantastyczny Artur Kociącki totalnie uderzył nas wirem emocji … znakomita, choć trudna historia  … dziękuję

Petra Hurajová

Veľmi silný príbeh a famózny herecký výkon, ďakujeme!

Petra Hurajová

Bardzo mocna historia i niesamowita gra aktorska, dziękuję!

 
3Zdjecie-WhatsApp-2025-06-26-o-16.22.42_98c56755-1 1Zdjecie-WhatsApp-2025-06-26-o-16.22.42_62d2ab73-1 4Zdjecie-WhatsApp-2025-06-26-o-16.22.40_f7cafcd2-1 2Zdjecie-WhatsApp-2025-06-26-o-16.22.38_80e77a80 adaptacje17 adaptacje16 adaptacje14 adaptacje15 adaptacje13 adaptacje11 adaptacje12 adaptacje09 adaptacje10 adaptacje08 adaptacje06 adaptacje04 adaptacje01 adaptacje07 adaptacje02 adaptacje05

Monodram "Stamtąd" - premiera 19 października 2024 r.

fot. Bartłomiej Smolak

Recenzja po spektaklu „Stamtąd” Artura Kocięckiego.

Jadwiga Mizińska

Śmierci nie ma

Po premierze monodramu Artura Kocięckiego zatytułowanego „Stamtąd”, przypomniało mi się pewne – pozornie drobne – wydarzenie sprzed ponad dwudziestu lat. W roku 1992, po długich cierpieniach spowodowanych chorobą nowotworową, zmarł mój mąż, Jan Miziński. Przez kilka miesięcy miałam poczucie, jakbym razem z nim umarła i ja sama. Na szczęście akurat wtedy powstały Warsztaty Filozoficzne, gromadzące moich studentów, którzy po zakończeniu obowiązkowych zajęć, w każde piątkowe popołudnie spotykali się na parterze Humanistyki, gdzie miałam swój gabinet 015. Nie zamierzałam wtajemniczać młodych ludzi w swoje cierpienia, wolałam samotnie przeżywać nieszczęście. Z jednym wyjątkiem – Piotra, który któregoś dnia zadzwonił do mnie z pytaniem:

– Czy to pani opowiadała studentom, że istnieją „iskry boże”? Umówiliśmy się na spotkanie pod pomnikiem Marii Curie-Skłodowskiej, by się osobiście poznać i porozmawiać.  Od tej chwili do tej pory  przyjaźnimy się z „Niebieskim”. Głównym tematem naszych rozmów stała się „kwestia anielska”, związana z chasydyzmem, i z mistyką, jaka przesyca tę  poetycką religię.

„Niebieski” – imię jakie nadałam Piotrowi Palusińskiemu – dołączył do Warsztatów Filozoficznych i  stał się ich stałym uczestnikiem. Pewnego dnia, inny mój student – Piotr Rządkowski – wpadł na nasze piątkowe spotkanie cały rozgorączkowany po obejrzeniu filmu Jima Jarmusza „Truposz” ( „Dead Man”) i zaciągnął nas wszystkich do kina w Chatce Żaka. Film „Truposz” miał za swego bohatera rannego Indianina, zwanego „Nobody”. Jego dziwne perypetie przywołały też postać Wiliama Blake’a, poetę metafizycznego. Zaczęliśmy studiować poezję i malarstwo tego niezwykłego artysty z przełomu 18 i 19 wieku. Niebieski wprost się zakochał w jego obrazach, a najbardziej w rycinie przedstawiającej osobliwy „trójkąt”: martwego Chrystusa, u boku którego dwaj Aniołowie czuwają nad grobem. Od tej pory, naszą wyobraźnią zawładnęły Anioły, których rumuński filozof nazwał „Międzybytami”. Gdy kolejny raz oglądałam „Truposza”, Niebieski po cichu wyszedł z sali kinowej, wciskając mi w dłoń zwiniętą karteczkę. Gdy ją rozwinęłam, przeczytałam na niej słowa „ŚMIERCI NIE MA”.

Trzy te słowa, uderzyły we mnie, niby piorun z jasnego nieba. Jak to!? Przecież pogrzebałam na cmentarzu swojego męża i postawiłam mu pomnik, a na jego tablicy zamieściłam sentencję „Amicum proba, porobatum ama („przyjaciela wypróbuj, ale wypróbowanego kochaj”).

Czym wobec tego byłaby śmierć?  Nieistnieniem? Czy może tylko istnieniem innego rodzaju? Od tego momentu, aż po dzień dzisiejszy zmagam się z tą zagadką i usiłuję na wszelkie sposoby ją rozwiązać.

Dobrą ku temu okazją stało się poznanie Artura Kocięckiego, aktora Teatru Osterwy w Lublinie. Artur podarował mi swoją książkę, w której opisał swoją katastrofę; Otóż jadąc samochodem z dwoma synkami, doznał czołowego zderzenia z innym autem. Dwaj malcy wyszli z tego cało, ale on sam został roztrzaskany na drobne szczątki. Sporządzona przez lekarzy diagnoza: kilkadziesiąt uszkodzeń, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Mimo to nadal egzystował, choć w stanie półświadomości…

Gdy już stanął na nogi po długotrwałym leczeniu i rehabilitacji, postanowił swoją przygodę opisać i udostępnić innym. Poruszona tym wydarzeniem, napisałam Arturowi „recenzję” w postaci trójaktowego dramatu. W wersji książkowej nosiło ono tytuł „Przebudzenia”.

Po kolejnych 20 latach, podczas których zdążyłam zapomnieć o tym wydarzeniu, zadzwonił telefon: Artur zgłosił się do mnie z propozycją wyreżyserowania monodramu opartego na tekście swojej książki i mojej recenzji. Uzgodniliśmy wspólnie nowy tytuł „Stamtąd”. Dzięki przychylności dyrekcji Teatru Osterwy, i przy udziale wielu życzliwych osób, doszło do premiery sztuki w dniu 19 października 2024 roku.

Spektakl tego monodramu rozegrał się na małej sali Reduty, w małym gronie widzów, którzy w całkowitym milczeniu chłonęli treść sztuki „Stamtąd”. Tytuł sugerował, iż bohater odbywał wędrówkę miedzy dwoma punktami: od „Tu i teraz”, do „Tam”. Jednakże określenie „Stamtąd” musiało zaniepokoić uczestników spektaklu, gdyż wskazywało jakiś tajemniczy kierunek, ni to przyszłości, ni to przeszłości. Gdzie zatem przebywał bohater, gdy znalazł się w tej dziwnej czasowej luce?  W jakiej zagadkowej przestrzeni?

Treść monodramu okazała się próbą  odtworzenia owej egzystencjalnej „wyrwy”, czy też „przerwy” w ciągłości istnienia. Przy pomocy wszelkich dostępnych środków scenicznych, Artur Kocięcki usiłował zrekonstruować ów pobyt w między światach. Pierwszy przebłysk świadomości miał miejsce, gdy dotarły do niego niewyraźne głosy jego synków, wzywających pomocy. Jednocześnie wdarł mu się w uszy obrzydliwy i wściekły okrzyk „Leżeć!”, pochodzący od pielęgniarki, przypominający szczekanie psa.

Tak więc wołanie dzieci, które dochodziło „Stamtąd” nałożyło się na realny głos rozeźlonej „siostry miłosierdzia”, która próbowała zdyscyplinować niepokornego pacjenta. Paradoksalnie jej wrzask zrodził u pacjenta bunt. Dzięki niemu Artur zaczął się orientować, że żyje na TYM ŚWIECIE, w którym jego ciało zostało roztrzaskane. Otrzeźwił go ból, który – zdaniem Witolda Gombrowicza – jest ostatecznym dowodem wciąż trwającego życia. Gdy pod jego wpływem pacjent, nieruchomy, lecz ciągle jeszcze żywy, jął się wydobywać z nieprzytomności, zorientował się, iż jest przykuty do szpitalnego łóżka, tkwiąc w nim w pozycji horyzontalnej. W monodramie Kocięckiego usytuowanym  w niesłychanie ascetycznej scenerii, żelazne łóżko stało się drugim jego  głównym „bohaterem”. Łóżko, niezbywalny sprzęt do ludzkiej egzystencji, ma niezliczone funkcje: na nim matka rodzi niemowlę, w nim zapadamy sen i z niego wstajemy po przebudzeniu, w nim odpoczywamy i uprawiamy miłość, wreszcie złożeni chorobą czy niemocą na koniec, umieramy na „łożu boleści”.

Artur Kocięcki, swój spektakl osnuł wokół łóżka. Najpierw jest ono symbolem upadku z pionu na poziom, następnie „przykucia” do „łoża tortur”, zaś w następnej roli staje się metaforą odrzucenia cierpienia. Zapewne nie tylko mnie zachwycił pomysł aktora, by w pewnym momencie wziąć na własny grzbiet szpitalne łóżko i ponieść je w charakterze krzyża. Ten, kto zdołał podnieść ciężki krzyż, i dźwignąć go na własny grzbiet, tym samym dowiódł , że już nie jest bezsilny. W wiejskim języku występuje określenie ”bolą mnie krzyże”, a starsze kobiety podczas ciężkich prac polowych, zażywają tabletki „z krzyżykiem”, by ulżyć cierpieniu.

W każdym ludzkim nieszczęściu przychodzi taka chwila, w jakiej dokonuje się przełom. I gdy już do niego dojdzie, możemy doznać choćby na sekundę ulgi, a nawet szczęścia. Robert Szymański, mój dawny wychowanek, po śmierci swojej ukochanej matki Marii, na pytanie czy jest szczęśliwy, odparł: „Tak, jestem szczęśliwy ad hoc”. Zatem warto odróżnić „stan szczęśliwości” od „sytuacji szczęśliwej”. Szczęśliwość absolutna byłaby dla człowieka nie do wytrzymania. Być może w stworzonym przez Boga Raju został przez niego  dopuszczony Wąż, by zapobiec monotonii, nudzie i marazmowi.

Z drugiej strony, także i nieszczęścia nie są absolutne. Po każdym upadku pozostaje doświadczenie, które daje się spożytkować i zutylizować. Los Angeles – upadające Anioły zaludniają ziemski padół. Nim upadną na samo dno, doświadczają niezliczonych przygód, testujących ich człowieczeństwo. Swego czasu, podczas sympozjum poświęconego Ludwigowi Wittgensteinowi w austriackim Kirchbergu, dominikanin ojciec profesor Józef Maria Bocheński zaprosił nas z kolegami do wiejskiego kościółka. Tam ujrzałam niezwykłą rzeźbę wyobrażającą spadające Anioły. Nie mogąc od nich oderwać oczu, pomyślałam, że proces upadania – utrwalony w drewnianej rzeźbie – nie może nie mieć końca. Wedle prawa przyciągania ziemskiego, to „co nie podwieszone”, musi w końcu upaść. Jednakowoż, oprócz przyciągania ziemskiego istnieje również „przyciąganie niebiańskie” o zgoła innej naturze. Jego działanie przejawia się w sferze duchowości. A jego siłą jest – siła woli. To jej właśnie doświadczył Artur Kocięcki, gdy powstał z „łoża boleści”. Można by było mówić o cudzie nie tylko w kategoriach medycznych lecz i metafizycznych.

Na mojej wsi, Kamieniu, w pobliskim kościele w Solcu, razem z Robertem, gdzie jeździliśmy na nabożeństwa, co tydzień wpatrywałam się w wizerunek Ukrzyżowanego Jezusa. Po dwóch stronach krzyża, przy końcach jego ramion, na małych obłoczkach „fruwały” aniołki, czuwając przy jego ranach po wbitych w ciało ostrych gwoździach. W tym naiwnym wyobrażeniu zawiera się myśl, że nie ma takiego cierpienia, przy którym nie miałoby być miejsca na współczucie i pocieszenie.

Pełne goryczy słowa  ukrzyżowanego Jezusa „Panie, Panie, czemuś mnie opuścił”, wbrew pozorom bynajmniej nie są  ostatnie. Naprawdę brzmią one „Dokonało się”. W tym oświadczeniu można się dopatrzyć albo rezygnacji, albo też – triumfu. Wszak każde cierpienie nie tylko ma swój kres, ale również „nagrodę”, w postaci owocu tego cierpienia. Zdjęcie z krzyża zmarłego Jezusa, opłakiwanego przez Matkę Boleściwą, wcielającą w sobie Pietę, miało w sobie moc zbawczą, jako ofiara za grzesznych i bezsilnych ludzi. Zatem cierpienie Ukrzyżowanego między dwoma łotrami, obrazuje udział ludzi, z których jeden odmówił propozycji odkupienia, zaś drugi ją przyjął.

Monodram Artura Kocięckiego, jego „autobiografia wewnętrzna”, dowodzi umiłowania Życia, na przekór lenistwu duchowemu. Miłość do życia, to taka przeogromna Moc, jaka odrzuca pokusę śmierci jako unicestwienia.

W swojej książce „Przebudzenia” Artur pisze: „Lecz i owo istnienie jest niepewne, bo może być tylko ludzkim, pobożnym życzeniem i mieć naturę pięknej złudy. Na końcu tunelu dojrzałem znak. Światło jak błysk reflektorów wdarło się olśnieniem, drgnąłem jak pęknięte ziarno. Doznałem przebudzenia. Schowałem do plecaka cały bagaż przeszłości i ruszyłem w dalszą drogę.

– Boże, jak ja kocham ten Job – Życie”.

Wraz z procesem przebudzenia z letargu, w miarę wybudzania się z półświadomości, szpitalne łóżko, najpierw stojące w pozycji horyzontalnej, potem dźwigane na plecach, przemieniło się w pionowe drzwi. Uchylone odrzwia wpuściły Artura do środka, a on sam zaprosił widzów, by mogli przez nie przejść. Każdy, kto zechciał, mógł otrzymać do rąk własnych wypisaną odręcznie „receptę” z takim oto tekstem:

„Śmierci nie ma. Są tylko rozmaite fazy i stadia istnienia. Między tak zwanym życiem, a śmiercią rozciąga się rozległa sfera pośrednia. Następny akt zależy od naszej woli – czy kochamy i jesteśmy kochani na tyle, aby chcieć – musieć chcieć – powrócić ku życiu w stronę światła z ciemności. Głosem życia jest głos serca. Istnieje tyko istnienie”.

Gdyby ktoś zechciał sporządzić bilans przygody, jaka się przydarzyła Arturowi Kocięckiemu, mógłby on wyglądać następująco:

Po stronie strat: rozbity samochód, roztrzaskane kości kończyn, urazy głowy, rany ciała, uszkodzone organy wewnętrzne, nieustający ból fizyczny, cierpienie psychiczne, dezorientacja w przestrzeni i czasie, utrata zdolności mówienia i pisania, perspektywa kalectwa czy trwałego inwalidztwa, zahamowanie kariery zawodowej i rozwoju intelektualnego…

Po stronie zysków: rzadkie doświadczenie pobytu na granicy dwóch światów – realnego i metafizycznego. Przebudzenie i olśnienie ŚWIATŁEM, jakie się przedarło przez CIEMNOŚĆ.

Mądrość, która stąd wynika brzmi: bolesny i tragiczny upadek to cena, jaką trzeba ponieść, aby tkwiące w nas Ziarno pękło i mogło wypuścić żywe, zielone kiełki.

Jest jeszcze jeden wniosek z dramatycznego wydarzenia Artura Kocięckiego: gdyby nie ono, nie powstałaby sztuka teatralna o Przebudzeniu i o odległości między Stamtąd do Tu (i z powrotem).

Kogo więc oklaskujemy po zakończeniu spektaklu? Kto naprawdę układał ten scenariusz? I KTO go wyreżyserował???

Jadwiga Mizińska

27 października 2024     

Stamtąd fot. Marcin Studziński
Stamtąd fot. Marcin Studziński
Stamtąd fot. Marcin Studziński
Stamtąd fot. Marcin Studziński
Stamtąd fot. Marcin Studziński
Stamtad_Artur Kocięcki_fot. Bartłomiej Smolak
Stamtąd Afirmacja
Stamtąd premiera fot. Bartłomiej Smolak
Stamtąd premiera fot. Bartłomiej Smolak
Stamtąd RELACJA po PREMIERZE Artur Kocięcki fot. Bartłomiej Smolak
Słup teatralny
Wystawa teatralna







"Treny" w Hollywood. Listopad 2024 r.

„Treny” Jana Kochanowskiego wygrywają w Los Angeles. 🇺🇸 🇵🇱
Nad ranem otrzymaliśmy wspaniałą wiadomość: „Treny” uhonorowane Hollywoodzkim Orłem 2024 za “Poetycką Doskonałość w Sztuce Filmowej”. Nagrodę przyznano podczas trwającej w dniach 7-10 listopada 25-tej edycji festiwalu Polish Film Festival Los Angeles.
Jako odtwórca postaci Jana Kochanowskiego jestem poruszony do głębi tą wspaniałą wiadomością. Dziękuję wszystkim twórcom, aktorom i każdemu z osobna, kto zostawił serce dla naszego wspólnego dzieła.
Film nie miał jeszcze swojej oficjalnej premiery. Był prezentowany podczas zamkniętych projekcji m.in.: w Paryżu, Atenach, Londynie, Sydney oraz na wielu prestiżowych Festiwalach Filmowych, m.in.: w Cannes na Cannes Corporate Media & TV Awards, skąd przywiózł Główną Nagrodę – Złotego Delfina.





Polski film w Cannes

... ze Złotym Delfinem

Corporate Media & TV Award

Złotym delfinem w kategorii „Styl życia, sztuka, muzyka i kultura” nagrodzono produkcję „Film Literature. Jan Kochanowski. Lament VIII” w reżyserii Damiana Bieńka, poświęcony polskiemu poecie epoki renesansu, w którego postać wcielił się Artur Kocięcki – aktor Państwowego Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Film to piękna interpretacja słynnego trenu „Wielkieś mi uczyniła pustki…”. Produkcja urzeka liryzmem i wspaniałymi kadrami, a przy okazji promuje Lublin.

Film literature. Jan Kochanowski „Lament VIII”  zdobył „Złotego Delfina” na festiwalu The 9th Cannes Corporate Media & TV Awards 2018 w kategorii B24: Lifestyle, Art, Music & Culture.

„TRENY” Jana Kochanowskiego –reż. Damian Bieniek – filmowe dzieła sztuki zostały laureatem festiwalu Cannes Corporate Media & TV Awards, który odbył się w Cannes w dniach 26-27 września 2018 roku. Jest to jeden z najbardziej prestiżowych festiwali filmów korporacyjnych. W Jury zasiadają m.in. laureaci Oskara i nagród Emmy. – Dotychczas wyprodukowaliśmy cztery Treny z planowanych dziewięciu – mówi reżyser i autor zdjęć filmowych Damian Bieniek, który jest również odpowiedzialny za scenariusze. Cykl „Trenów” Jana Kochanowskiego zdobył kompletne uznanie wielu twórców filmowych, przedstawicieli jednostek edukacyjnych oraz nauczycieli jako pionierski i oryginalny sposób przedstawienia klasyki poezji polskiej. Adaptacja filmowa jednego z trenów Jana Kochanowskiego nagrodzona w Cannes. Złoty Delfin na Cannes Corporate Media and TV Awards otrzymał film w reżyserii Damiana Bieńka „Jan Kochanowski. Lament VIII”. W rolę największego polskiego poety renesansu wcielił się lubelski aktor Artur Kocięcki. Muzykę do filmu nagrał prof. Grzegorz Tylec, pracownik Wydziału Nauk Społecznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. – Film jest perełką krótkometrażową, dzieło sztuki, ponieważ w bardzo enigmatycznej formie zawarte są wszystkie najważniejsze cechy dobrej sztuki, która powinna zafunkcjonować jednym zgodnym akordem – mówi aktor Artur Kocięcki.

Informacje pochodzą z portalu I Love Poland

Również film „Jan Kochanowski – Treny” na podstawie Trenów: I, V, VI, VIII, w którym Artur Kocięcki wcielił się w postać Jana Kochanowskiego, zyskał uznanie na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym FilmAt Festival 2019, gdzie otrzymał dwie nagrody – za wartości patriotyczne filmu w stulecie odzyskania Niepodległości oraz za najlepszy dokument w kategorii Kultura i Sztuka.

Film „Treny” wg. Jana Kochanowskiego w reż. Damiana Bieńka został objęty honorowym Patronatem Narodowego Centrum Kultury.

OSTATNIA WIECZERZA Post Festiwal

Podczas niezwykłego wieczoru zobaczymy film „Lament VIII”, który zdobył nagrodę w Cannes. Jego bohaterem jest Jan Kochanowski.

Film, w którym zagrał także Lublin, dostał nagrodę Złotego Delfina na Cannes Corporate Media and TV Awards. To jeden z największych na świecie festiwali, na którym najlepsze filmy, dokumenty i produkcje telewizyjne zdobywają nagrody Złotego, Srebrnego i Czarnego Delfina w poszczególnych kategoriach „Lament VIII” nagrodzono Złotym Delfinem w kategorii „Styl życia, sztuka, muzyka i kultura”.

W rozmowie z Arturem Kocięckim, który zagrał Jana Kochanowskiego, przywołamy historię wypadku aktora, śmierci klinicznej i zwycięstwa nad śmiercią, opisanej w książce „Przebudzenia”. Czyli ludzkiego Zmartwychwstania.

Jakbym otarł się ramieniem o samego Boga - wywiad w Kurierze Lubelskim z dnia 31 października 2019 r.